piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 1. You feel a little bit further away

Nie układało nam się. Taka jest prawda. Nie chcę nikogo oszukiwać, a zwłaszcza siebie. Ja i Luke przechodziliśmy ciężki okres od... zawsze. Oczywiście mieliśmy cudowne chwile, ale można by je zliczyć na palcach obu rąk. A przecież jesteśmy ze sobą dwa lata.
Tego ranka było tak samo. Postawiłam przed nim kubek gorącej czarnej kawy. Właściwie to prawie go roztrzaskałam ze złości. Luke spojrzał na mnie i powstrzymał niemiły komentarz. Usiadłam naprzeciwko niego i zaczęłam jeść śniadanie, przeglądając na telefonie twittera. Tak, to ciężkie, ale od niedawna tak właśnie wyglądały nasze wspólne posiłki. Ja, wpatrzona w ekran telefonu, a Luke piszący piosenkę, lub brzdąkający coś na gitarze, bardziej skupiając się na muzyce niż jedzeniu.
Przyszedł mi sms.
"Będziemy za 10 minut"
Super, a on jeszcze w koszuli i bokserkach, nieumyty i nieogolony. Czy on musi być tak cholernie nieodpowiedzialny?! W sumie przecież to nie moja sprawa, to on będzie się tłumaczył przed chłopakami... ale to ja dostałam sms z informacją za ile będą, więc będzie na mnie, że go nie pospieszyłam.
Odchrząknęłam.
- Chłopaki będą za 10 minut- powiedziałam, nie podnosząc wzroku znad ekranu telefonu.
- Super- mruknął, odkładając gitarę na ziemię i ruszając w stronę schodów.
- Nic nie zjadłeś- zauważyłam.- Będziesz głodny...
- Jakby cię to obchodziło- odparł chłodno. Spojrzałam na niego.
- Mimo, że wydaje ci się, że mam cię w dupie, to jednak staram się o ciebie troszczyć. I jesteś idiotą skoro tego nie widzisz.
- Ty się o mnie troszczysz?! Proszę cię! Nie bądź śmieszna! Dobrze wiem, że jesteś ze mną z przyzwyczajenia i dlatego, że chcesz pokazać matce, że jesteś silna. Udajesz przed nią, że wszystko jest w porządku, bo wiesz, że miała rację ze ślubem i sama tego żałujesz...
- Nie żałuję ślubu!- Przerwałam mu, chociaż sama nie byłam pewna swoich słów... Mieliśmy po dziewiętnaście lat, chyba nikt w tym wieku nie powinien wiązać się na całe życie.
- Żałujesz. Ty mnie nigdy nie kochałaś, zawsze byłem dla ciebie tylko kolejnym chłopakiem, kręciło cię we mnie tylko to, że twoja matka mnie nie lubi. Chciałaś jej dopiec.
Nie czekając na odpowiedź wszedł na górę.
Bolało. Jak cholera. Kochałam go. Kiedyś. Nie wiem czy kocham go teraz, ale wiem, że nie chcę tak łatwo odpuścić. Ale może łatwiej byłoby odpuścić, jeśli nic nie czuję...
Dzwonek do drzwi. Przecież nie minęło jeszcze dziesięć minut! Poszłam otworzyć i moim oczom ukazała się jak zwykle uśmiechnięta twarz Irwina.
- Wejdź- wpuściłam go.
Stanęliśmy w przedpokoju.
- Mike i Cal czekają w samochodzie- powiedział i spojrzał na mnie. - Coś się stało?- spytał, zmartwiony. Aż tak to było widać? Moja twarz na prawdę aż tak pokazywała jak źle jest?
- Nie- skłamałam.
- Przecież widzę.
Nie wytrzymałam. Łzy poleciały mi strumieniem po policzkach, co nie zdarzało się często, a ja zrozpaczona wpadłam w uścisk Ashtona. Trzęsłam się, nie mogłam sobie poradzić. Te sześć miesięcy tak dały mi w kość, że po prostu nie mogłam przestać płakać. Chłopak gładził mnie po włosach, chcąc pocieszyć, ale nie udawało mu się to. Szczerze mówiąc, tylko pogorszył sytuację.
- Co się dzieje?- Zapytał, kiedy pierwsza fala żalu przeszła.
- Luke. Luke się dzieje- odparłam wtulona w jego mięśnie. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mamy czas na rozmowy, ale usłyszałam dźwięk wody. Czyli jakieś siedem minut.
- Aż tak źle?- Zdziwił się.
- Jest okropnie! On nie rozumie mnie, a ja nie rozumiem jego. Jeszcze nigdy nie byliśmy od siebie tak oddaleni, a ciągle wydaje mi się, że on nawet nie chce tego naprawić.
Jeszcze nikomu nie mówiłam o naszym małym kryzysie. Zresztą, komu miałabym mówić? Nie miałam przyjaciół. Nie byłam lubiana, w przeciwieństwie do mojego brata i męża. Czemu powiedziałam o tym Ashtonowi? Co mnie podkusiło? Nie poczułam się ani trochę lepiej. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam się zastanawiać czy mogłam mu zaufać.
- Posłuchaj- złapał mnie za ramiona i spojrzał mi w załzawione oczy- może on po prostu nie wie jak to naprawić? Luke od zawsze był nieco... ułomny, jeśli chodzi o związki.
- Nie broń go- burknęłam, zła na siebie, że się przed kimś otworzyłam. Przecież oni są najlepszymi przyjaciółmi! Czego ja się spodziewałam?! Współczucia? Wsparcia? Obowiązkiem Asha było bronić kolegi z zespołu a nie pocieszać jego niestabilną emocjonalnie żonę.
- Nie bronię go. Chyba źle mnie zrozumiałaś. Chciałem powiedzieć, że będziesz miała ciężko, ale możesz liczyć na moją pomoc. On się nie zmieni. Nadal będzie taki jest i to nie dlatego, że cię nie kocha, tylko dlatego, że ciągle boi się, że od niego odejdziesz. A kiedy odejdziesz będzie do ciebie mniej przywiązany i mniej go to zrani.
- Jeszcze nigdy nie słyszałam o takim idiotycznym sposobie okazywania miłości- powiedziałam przez zęby.
Woda ucichła. Szybko wytarłam łzy, nie chciałam żeby było widać, że przez niego płakałam.
- Jeśli tylko chcesz mogę porozmawiać z tym gnojkiem. Nie może cię przecież tak ranić- zaoferował Ashton.
- Nie! Nie ma mowy! On się nie może o tym dowiedzieć. Nie płakałam, nic ci nie powiedziałam, jasne?
- Ok- wywrócił oczami, po czym uśmiechnął się do mnie pocieszająco. Starałam się również uśmiechnąć, ale chyba niezbyt mi wyszło.
Luke zszedł po schodach. Wyglądał idealnie. W swojej koszulce z napisem "You complete mess", podziurawionych czarnych rurkach i z kolczykiem w wardze przypominał mi nie tego idiotę, z którym teraz żyłam, tylko siedemnastolatka, w którym się zakochałam.
- Siema- przywitał się z Ashtonem, ignorując kompletnie moją obecność.
- Hej, chodź szybko, zaraz będziemy spóźnieni- ponaglił go Ash, więc wziął z blatu stołu telefon i ruszył do drzwi.
Po kilkukrotnych poprawkach fryzury był gotów do wyjścia.
- Do zobaczenia- pożegnał się Ashton.
- Cześć, chłopaki- chciałam chociaż udawać, że nie jestem na niego zła, ale nie odpowiedział mi. Zatrzasnął za sobą drzwi, nie zwracając uwagi na to, czy jeszcze coś chcę dodać, czy pocałować go, czy przytulić na pożegnanie. Nie obchodziło go, czy będę za nim tęsknić.
Nie to nie. Mnie też nie będzie to obchodzić.
Łatwo powiedzieć. Trudnej zrobić. Obchodziło i będzie i to aż za bardzo. Ale co mogłam teraz zrobić? Oglądać telewizję, czytać książki, błądzić po twitterze, czekając aż wróci i może wtedy uda się coś naprawić.
Poczułam, że mi niedobrze. Czyżby ten pomidor z kanapki nie był świeży? Chyba tak. Puściłam się biegiem do łazienki i już po chwili wymiotowałam.
Pomimo, że wyrzuciłam z mojego żołądka chyba wszystko, co się dało, nadal było mi niedobrze. A do tego doszło osłabienie. Zajebiście. Jak jeszcze zachoruję to tego nie wytrzymam. Naprawdę. Wybuchnę od nadmiaru kłopotów.
Zaparzyłam herbatę i położyłam się na kanapie w salonie, włączając jakiś durny reality show. I tak nie miałam zamiaru go oglądać. Sięgnęłam po telefon. Miałam ochotę z kimś porozmawiać. Ale z kim? W telefonie miałam siedem kontaktów. Ashton, Calum, Liz, Luke, mama, Michael, tata. Z kim mogłabym poplotkować? Czemu ja nie mam przyjaciół?
Postanowiłam, że napiszę smsa.
"Jak tam u was? Wywiad idzie dobrze?"
Czekałam chyba z dziesięć minut, ale w końcu dostałam wiadomość. Calum pisał, że wszystko jest zgodnie z planem, dziennikarka jest seksowna, ale jeszcze trochę im zejdzie.
Czyli cały dzień będę sama. W sumie to dobrze, bo nie wiem jak długo bym wytrzymała tą ciszę. Każda cisza była inna. Ta, która teraz mnie otaczała była trochę przerażająca, ale przyjemna, ale cisza, która wypełniała dom, kiedy Luke tu był, chciała mnie zabić. Wwiercić się w moje słabe ciało i robić ze mną, co tylko będzie chciała, dopóki nie umrę. Napięcie tej ciszy było zabójcze. Bezwzględne.
                                                               ***
Nawet nie byłam śpiąca. Ale usnęłam. Czasem tak jest. Wieczne czekanie jest na tyle nużące, że zabiera siły fizyczne i na tyle okropne, że zostawia siły psychiczne w opłakanym stanie. Nawet nie wiedziałam, że czekam. Gdy się obudziłam była już druga po południu... Matko Najświętsza, spałam prawie pięć godzin! Zdecydowanie marnuję swoje życie. Nie mam znajomych, pracy, ciągle siedzę w domu i moje małżeństwo jest bliskie rozwodu. W marnowaniu życia mogłabym być mistrzem świata.
Wybrałam numer Luke'a. Nie wiem czemu. Po prostu pomyślałam, że powinnam zadzwonić, pokazać mu, że się myli i że się nim interesuję. Nie odebrał. Za drugim razem też nie. I za trzecim. Ok, skoro nie obchodzi go, czego mogę chcieć to niech spada. Nie będę się prosić.
Sięgnęłam po książkę i starałam się skupić na literach. Bez skutku. Trudno skupić się na książce, kiedy całe życie się sypie. Ogólnie trudno skupić się na czymkolwiek.
Na zmianę sprawdzałam czy ktoś nie napisał do mnie wiadomości i czytałam milion razy jedno zdanie, żeby zrozumieć jego sens.
Spojrzałam na telefon. Nie dość, że nikt się ze mną nie kontaktował to jest już siedemnasta. Naprawdę przez trzy godziny przeczytałam dwa rozdziały? Co się ze mną dzieje?... poza tym mieli wrócić już dwie godziny temu. Jeśli gdzieś jeszcze wyskoczyli to mógłby chociaż zadzwonić, że się spóźni, BO SIĘ MARTWIĘ.
Wybrałam numer Caluma, bo wiedziałam, że Luke znowu nie odbierze, jednak on też nie odpowiadał. Nawet on? Cal, proszę cię, ogarnij się i do jasnej cholery sprawdź telefon!
Pewnie, po co odbierać telefon on własnej jebanej siostry!
Michael. Odbierz. Proszę. Jeden sygnał. Cisza. Drugi sygnał. Cisza. Trzeci sygnał. Cisza. Czwarty sygnał. Rozłączyłam się.
Moim ostatnim ratunkiem był Ashton. On też mnie olał. A ja myślałam, że może chociaż on jest trochę bardziej dojrzalszy. Ale jak widać, myliłam się.
Byłam już głodna. Przez cały dzień nic nie jadłam, więc poszłam do kuchni zrobić sobie kawę, ściskając w dłoni telefon z nadzieją, że w końcu się odezwie. Gdyby mnie teraz Luke zobaczył to ciekawe czy powiedziałby tak bez wahania, że się nie martwię? Co chwilę zerkałam na popękany ekran, pijąc gorzką kawę i myśląc tylko o tym, kiedy wróci do domu, bo pomimo tego, że nienawidziłam kłótni z nim i tego, że cisza chce mnie zabić, to łaknęłam jego widoku. Czym byłam bez tej przerażającej ciszy? Byłam kłębkiem nerwów, takim jak teraz. Bo nie widziałam jego twarzy przez cały dzień a to ona dawała mi nadzieję, że będzie dobrze. I widząc ją mój umysł jednocześnie był najszczęśliwszy na świecie i krwawił.
W końcu usłyszałam ten dźwięk. Spojrzałam na wyświetlacz. Ashton. No tak, kolega musiał dzwonić, bo przecież mój mąż nie jest wystarczająco dorosły na rozmowę ze mną. Odebrałam.
- Co się z wami dzieje?! Próbuję się z wami skontaktować przez cały dzień!- Od razu rzuciłam się na niego z oskarżeniami.
- Musisz przyjechać do szpitala na Macquarie Street, lepiej się pospiesz. -  Jego głos był przerażony.
- Jak to do szpitala? Co się stało?- Poczułam jak cała krew odpływa z mojej twarzy i znowu robi mi się niedobrze, ale teraz nie miałam już czasu żeby iść do łazienki. Poza tym nie miałabym czym.
Zerwałam się z krzesła i biegiem ruszyłam w stronę szafy, po płaszcz i buty.
- Luke miał wypadek. Jest w ciężkim stanie. Potrzebuje cie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapowiedź: 
"- Operacja poszła dobrze, ale nie wiemy kiedy się obudzi.
- Ale na pewno się obudzi, tak?- Sama nie wiem czy chciałam znać odpowiedź na to pytanie.
Ash tylko uśmiechnął się do mnie smutno i wrócił do Mike'a"
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jak podoba się pierwszy rozdział? Mam nadzieję, że was zaciekawił i spotkamy się ponownie za dwa tygodnie ;)
Proszę, jeśli przeczytałaś, skomentuj, to dużo znaczy, naprawdę.
Całusy, Irene Anastasia ;*

Wstęp

Cześć misie, postanowiłam, że założę tego bloga, ponieważ bardzo wciągnęłam się w pisanie tej historii i pomyślałam, że mogłabym się nią z kimś podzielić.
Rozdziały będą się pojawiać co dwa tygodnie w niedzielę (oprócz tej za dwa dni oczywiście, bo pierwszy rozdział będzie dzisiaj). Wiem, że to dość duże odstępy czasu jak na zwyczajne fanfiction, ale różnie bywa i wolę mieć więcej czasu, żeby w razie czego dokładnie przeczytać rozdział kilka razy i go poprawić zanim go dodam, bo chcę, żeby wszystko wyszło jak najlepiej.
Pod każdą notką będzie znajdowała się zapowiedź kolejnego rozdziału w postaci krótkiego cytatu, który się tam znajdzie.
Chcę jeszcze dodać, że w trakcie akcji zespół istnieje, ale nie robił supportu 1D i nie jest jeszcze aż tak znany.
Mam nadzieję, że się wam spodoba i zostaniecie ze mną jak najdłużej.
Enjoy... ;)