piątek, 6 lutego 2015

Rozdział 3. "All I really want is you"

Calum przyniósł mi herbatę, niesłodzoną jak zawsze, ale nie mogłam jej przełknąć. Nie miałam ochoty na nic. Na jedzenie, na picie, na rozmowę. Chciałam tylko zobaczyć Luke'a. W końcu podeszła do mnie ta pani z recepcji i z lekkim uśmiechem oznajmiła, że można go odwiedzić, ale tylko jedna osoba, i tylko z rodziny. Wiadomo, że chodziło o mnie. Przepraszam, chłopaki, rozumiem, że jesteście jak bracia, ale to ja mu coś obiecywałam.
Wstałam, a pielęgniarka poprowadziła mnie korytarzem prosto. Szłam na mocno ugiętych nogach, zwyczajnie nie mogąc na nich ustać. Miałam ochotę pobiec przed siebie, nie oglądając się na kobietę, ale przecież nie wiedziałam gdzie tu jest OIOM. Skręciłyśmy kilka razy, podczas których zastanawiałam się jakim cudem ten szpital ma tyle korytarzy, i w końcu doszłyśmy do wielkich szklanych drzwi z napisem "Oddział Intensywnej Opieki Medycznej".
Urządzenie przy spodniach kobiety zawibrowało, a ona nerwowo na nie spojrzała.
- Pani mąż leży na samym końcu po lewej, przepraszam, muszę biec- rzuciła tylko i najszybciej jak potrafiła oddaliła się korytarzem, z którego przyszłyśmy.
Czasem człowiek ma w głowie jeden wielki paradoks i nie wie jak nad nim zapanować. Na przykład ja teraz stałam jak wryta przed drzwiami Oddziału, jakby czekając na jakiś cud. Jeszcze dziesięć minut temu dałabym wszystko żeby się tu znaleźć a teraz nie mogłam się zdobyć na wejście tam.
W końcu otworzyłam drzwi i weszłam. Jedna z pielęgniarek już się zbliżała w moją stronę, żeby mnie pewnie stąd wypędzić, ale druga, która poprawiała poduszkę komuś nieprzytomnemu, wyjaśniła jej, że mogę tu przebywać. Chyba widziała, że ktoś mnie przyprowadził.
Na samym końcu po lewej. Jak to? To nie może być Luke... To nie on! Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu mojego męża ale kiedy spojrzałam na kartę pacjenta przy łóżku było wyraźnie napisane "Luke Robert Hemings" i coś jeszcze, czego nie potrafiłam doczytać, bo moje oczy tonęły już w łzach. Nie wierzę, że to on, to nie może być on. Wydobył się ze mnie cichy jęk, po czym niekontrolowanie wybuchłam szlochem.
A już po chwili znowu byłam z Calumem, Ashtonem i Michaelem w poczekalni, gdyż jedna z pielęgniarek, nawet nie wiem jak wyglądała, wyprowadziła mnie stamtąd, próbując przetłumaczyć mi, że takie zachowanie przeszkadza pacjentom.
- Powiedz, co się stało, proszę- Calum starał się mówić łagodnie, ale czułam stanowczość w jego głosie.
- On... on ma zmasakrowane pół twarzy, jest podpięty do miliona rurek i wygląda jakby już nie żył!- Wyrzuciłam z siebie.
Nie wiem, czego ja się tam spodziewałam. Luke'a, uśmiechniętego jak zawsze przy chłopakach, czekającego na mnie z niecierpliwością i wyglądającego jak okaz zdrowia? Nie wiem czego, ale na pewno nie mojego Luke'a gotowego żeby wsadzić go do trumny!
- Kruszynko, nie płacz już, cichutko- Calum starał sie znów mnie pocieszać, przycisnął mnie do swojej koszulki pozwalając żeby w trzy sekundy była cała mokra od moich łez.
- Cal, jak ja do cholery mam nie płakać po zobaczeniu czegoś takiego?- Ledwo mogłam cokolwiek wykrztusić, ale starałam się.
Pocałował mnie w czoło.
- Mała, on będzie zdrowy, jego twarz będzie wyglądała tak źle jak przez te dziewiętnaście lat i nie zmieni tego żaden wypadek, ok?- Włączył się Ashton.
Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć. Chyba wykonałam ten ruch za szybko, bo mnie okropnie zemdliło. Osunęłam się po ścianie, siadając na zimnej podłodze i walcząc z niezjedzonym posiłkiem, który chyba cudem wytworzył się w moim żołądku i teraz postanowił się wydostać. Dodatkowo kręciło mi się w głowie i czułam, że zaraz zemdleję. Co się ze mną dzieje?!
Poczułam, że już dłużej nie wytrzymam. Rzuciłam się biegiem do łazienki i wyrzuciłam z siebie wszystko, co miałam. Ale nie było mi ani trochę lepiej. Nigdy się tak nie czułam, no bo ileż można wymiotować?!
Spojrzałam na zegarek. Jest już północ? Jakim cudem? Przecież dopiero tu przyjechałam...
Wyszłam z łazienki dziewczyn i oczywiście ujrzałam znajomą twarz.
- Ashton i Calum mnie wysłali, żebym sprawdził, czy nic ci się nie stało- wyjaśnił Mike.
- I sprawdzałeś to stojąc przed drzwiami i czekając aż wyjdę?- Zironizowałam.
- Miałem wejść do damskiej toalety?!- Zrobił wielkie oczy pełne zdumienia i dezorientacji.
- Gdybym tam padła to chyba byś musiał...
- Jak dobrze, że nic ci nie jest- widać było ulgę na jego twarzy. On naprawdę wstydził się tam wejść. Czy serio nasza toaleta jest taka przerażająca?
Postanowiłam coś zjeść. Tak, pierwszy raz od miesiąca złamałam swoją zabójczą dietę i zjadłam aż dwa batony z automatu.
- Chyba powinnam tam wrócić- szepnęłam, upijając łyk herbaty z papierowego kubka Caluma.
- Jesteś pewna? Jeśli nie chcesz to nie musisz.- Oznajmił mój brat.
- Ale ja chcę- wstałam z krzesła, to samo zrobił Cal.- Dam radę sama.- Zapewniłam i ruszyłam drogą, którą prowadziła mnie tamta pielęgniarka.
Otworzyłam drzwi na OIOM i spotkałam się z surowym, ale jednak troszeczkę współczującym wzrokiem pielęgniarki, która mnie wyprowadziła.
- Będę grzeczna.- Rzuciłam do niej, a kiedy kobieta nie zmieniała wyrazu twarzy dodałam:- Obiecuję.
Pokręciła głową z dezaprobatą, ale puściła mnie wolno.
Podeszłam do łóżka. Usiadłam na krześle i spojrzałam na niego. Z prawej połowy twarzy była jakby zdarta prawie cała skóra, na lewej miał siniaki. Wolę sobie nie wyobrażać jak wygląda jego brzuch teraz, po operacji.
Dobrze, że jest przykryty. Nie dlatego, że widok jego bandaży byłby dla mnie zbyt mocny, tylko dlatego, że jemu zawsze jest zimno i pewnie by marznął. Czemu myślę o takich szczegółach akurat teraz? Miał do siebie podłączone mnóstwo rurek. Nawet nie wiem do czego one służą, ale wydaje mi się że bez nich mógłby nie przeżyć.
Dotknęłam delikatnie jego dłoni. Była zimna i szorstka. W sumie to nic nowego. Jakiś rok temu tymi dłońmi głaskał moją twarz, powtarzając trzy słowa. To było wtedy, kiedy się zaręczyliśmy. Byliśmy najpierw w kinie. Kiedy poszliśmy do jego domu, w którym na szczęście nikogo nie było, zaczął mnie całować po szyi. Przycisnął mnie do ściany i całował a ja oddawałam się temu przyjemnemu uczuciu dopóki nie wsadził w moją rękę jakiegoś przedmiotu. Na chwilę zaprzestałam tych czułości, żeby spojrzeć, co dostałam, na następnie na twarz chłopaka a on pytająco uniósł jedną brew.  Zaczęłam się cicho śmiać i powiedziałam "jasne". I wtedy właśnie jego ręce złapały czule moją twarz, a ja poczułam zimno jego kolczyka na moich wargach. "Będę miał żonę", powtarzał bez przerwy, uradowany jak malutkie dziecko. Powtarzał to, kiedy jeszcze staliśmy w przedpokoju jego domu i wtedy kiedy owinęłam swoje nogi wokół jego bioder i kiedy zaniósł mnie do swojego pokoju na górę ale z największym uczuciem wymawiał te słowa kiedy zdejmował ze mnie powoli koszulę.
Teraz miał zamknięte oczy i zniszczone usta. Rok temu kochał powtarzać "będę miał żonę", ale teraz "mam żonę" było dla niego utrapieniem.
Luke, obudź się, proszę. Chcę powiedzieć jak bardzo za tobą tęsknię. Mimo, że wiem, że mi nie uwierzysz. Wiedziałam, że kiedy Luke się obudzi będę starała się wszystko naprawić, bo to było właśnie to, czego chciałam. Jego szorstkich rąk na mojej twarzy. Czy to tak dużo?
Dostałam sms. Sprawdziłam.
"Wszystko dobrze?"
No tak. Kontrola przede wszystkim. Napisałam, że jest okropnie i mam ochotę skoczyć z wieżowca, ale usunęłam tą wiadomość i napisałam "Tak, jeszcze chwilę tu posiedzę i zaraz do was wrócę". Dobre kłamstwo jest lepsze niż bolesna prawda.
Przypatrywałam się twarzy męża i zaczęłam się zastanawiać czemu właściwie zaczynaliśmy się kłócić. Jak dopiero zaczynałam z nim chodzić to, o zgrozo, o Michaela. Jak mógł robić mi wyrzuty o moich byłych?! Ja mu nie przypominałam o jego ex... Później mieliśmy napiętą atmosferę kiedy o naszym małym romansie dowiedział się mój brat. No nie był zbyt zadowolony, bo powiedzmy sobie szczerze, kto by był, dowiadując się że jego najlepszy kumpel sypia z jego siostrą? Oczywiście jak Calum o tym wiedział to wiedziała o tym automatycznie matka i ojciec. Tu już w ogóle nie mogliśmy sobie poradzić. Mama ciągle mówiła, że Luke to dobry chłopak, ale nie powinnam się z nim wiązać. Ojciec to samo. Chodziłam już z tyloma chłopcami a oni się doczepili akurat Luke'a. Pewnego dnia nawet uciekłam z domu do Luke'a. Spałam u niego dwie noce a moi rodzice szukali mnie wszędzie gdzie tylko się dało, ale policji nie zawiadomili. Dobrze, że Liz była wyrozumiała i pomagała mi wtedy ukrywać się przed nimi. Lubiła mnie. Pewnie dlatego, że pomagałam jej w czym tylko się dało. A Luke siedział na kanapie i co chwilę składał zamówienie na jedzenie. Wieczorem zajmowaliśmy się sobą.
Kłótni było jeszcze całe mnóstwo, ale nie chciałam chyba jednak o tym myśleć akurat przy łóżku szpitalnym. W ogóle nie chciałam sobie niczego przypominać, bo to albo sprawiało, że zalewała mnie fala smutku, przecież wiedziałam, że te wspomnienia nie wrócą w realu, albo że prawie płakałam myśląc o tych wszystkich sprzeczkach.
- Przepraszam, musi pani już iść- usłyszałam kobiecy głos, więc odwróciłam się. Przede mną stała pielęgniarka, której wcześniej nie widziałam. Rose, jeśli wierzyć temu, co miała napisane na plakietce przy piersi.
- Dobrze- powiedziałam cicho. I tak miałam za chwilę zejść do chłopaków.
Wstałam z krzesła szpitalnego. Chciałabym pocałować go w czoło, ale nie wiem jak to zrobić, żeby nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy na tej zdartej twarzy.
Z mocno bijącym sercem wyszłam z OIOMu i skierowałam się korytarzem prosto. Było mi znów cholernie słabo, ale nie zwracałam na to uwagi. Wmawiałam sobie, że to przez zmęczenie.
- Co u niego?- Zapytał Calum, kiedy usiadłam obok niego. Zaciekawione oczy ich wszystkich zwrócone były w moją stronę, oczekując jak najlepszych wiadomości.
- Nic. Leży.- Odparłam, być może trochę zbyt chłodno.
- Tego się nie spodziewałem- mruknął sarkastycznie.
- Idę zapalić- oznajmiłam, wstając i grzebiąc w torbie.
- Myślałem, że rzuciłaś- zauważył Ashton.
- W tej sytuacji to nie ma znaczenia. Idzie ktoś ze mną?- Uniosłam pytająco brwi.
Michael pokręcił głową, Calum powiedział, że nie, ale Ash wstał z miejsca i oznajmił, że on pójdzie. Czasem się przy nich czułam jakby nie chodzili ze mną gdzieś bo tego chcieli tylko po to, żeby mnie pilnować. Jakbym mogła zrobić sobie krzywdę paląc.
Wyszliśmy przed budynek szpitala. Nie było ciemno, bo księżyc dawał dużo światła, a poza tym z okien sal szpitala przebijały się strumyki jasności.
Byłam podenerwowana. Ręce mi się trzęsły a ja ledwo mogłam ustać na nogach. Chyba myślałam, że papieros coś da, dlatego odpaliłam swojego pierwszego od miesiąca i zaciągnęłam się mocno. Ashton, przyglądając mi się, wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę i wyjął mi z dłoni zapalniczkę, którą trzymałam. Odpalił.
- Ty palisz?- Zapytałam, niedowierzając. Ashton Irwin i papierosy. Jakoś mi to do siebie nie pasowało.
- Tak, od pięciu lat, ale nie mów chłopakom- uśmiechnął się łobuzersko.
- Obiecuję- odwzajemniłam uśmiech, trochę się rozluźniając.
- Cholera- rzucił i szybko wyciągnął z kieszeni telefon.
- Co się stało?- Spytałam zdezorientowana.
- Mama Luke'a o niczym nie wie- wyjaśnił, przykładając słuchawkę do ucha.
Jak mogliśmy zapomnieć o Liz?! Przecież była jego matką, to ona powinna się zjawić przy nim pierwsza. Nie chłopaki, nie ja, tylko właśnie ona. To ona powinna się dowiedzieć przed wszystkimi, w końcu to jej dziecko.
Ashton chwilę porozmawiał, po czym rozłączył się i znów schował telefon do kieszeni.
- Będzie tu za chwilę- oznajmił.- Zaczęła płakać jak tylko jej powiedziałem, że z Lukiem nie jest za dobrze.
- Nie dziwię jej się- zaciągnęłam się, a każdy taki wdech sprawiał, że byłam coraz bliższa omdlenia.
W końcu mój organizm nie wytrzymał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapowiedź: 
"Teraz jestem skazana na kolejną tajemnicę. Jedyny sekret w moim życiu, który nie jest smakowity".                           ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie, misiaczki. 
Wiem, że ten rozdział nie powala, jest krótki i nudny, ale za to w kolejnym w końcu stanie się coś ciekawszego :3
Właśnie kończą mi się ferię eh a chciałabym posiedzieć jeszcze z tydzień w domu, mogłabym napisać sporo do Infirmusa i innych opowiadań bo muszę przyznać że przez te dwa tygodnie nie zrobiłam prawie nic haha
Mam nadzieję że rozdział wam się choć trochę podobał, jeśli ktoś to w ogóle przeczytał to proszę o komentarz, bo jeśli będę widziała, że nikt nie czyta to chyba nie ma sensu prowadzić tego bloga :(
Następny rozdział prawdopodobnie znowu za dwa tygodnie, komentujcie xoxo

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 2. "Let's start over"

- Gdzie on jest?- spytałam roztrzęsiona, widząc chłopaków na korytarzu.
- Operują- odpowiedział Michael. Wyglądał jakby nie spał kilka dni, a przecież jeszcze kilka godzin temu wszystko było dobrze.
- Co się w ogóle stało?- Sama nie wiedziałam, jakie pytania zadawać, wydawało mi się, że to będzie najwłaściwsze.
- Byliśmy na tym wywiadzie i zgłodnieliśmy. Luke powiedział, że niedaleko jest jakiś lokal z jedzeniem i może się tam przejść po jedzenie, więc się zgodziliśmy. Jezu, gdybym wiedział, że tak będzie to nigdy nie pozwoliłbym mu tam iść- Ashton ledwo trzymał się na nogach.
- Ale co dokładnie się stało?! Chyba nie jest operowanym, bo poszedł po żarcie!- Wybuchłam, a pielęgniarki, które akurat przechodziły spojrzały na mnie karcącym wzrokiem. Jeśli oczekiwały, że będę spokojna to mogły wiedzieć, że nie będę. Ciekawe jak one by się zachowywały po usłyszeniu takiej wiadomości.
- Jakiś naćpany kierowca go potrącił. Z taką prędkością, że nie powinien przeżyć- wyjaśnił Calum, który chyba jako jedyny wyglądał normalnie. Pewnie bardzo się starał, żebym nie widziała go załamanego, chciał sprawiać wrażenie silnego. Ale jego oczy wyrażały rozpacz. Obserwowałam jego emocje od dziewiętnastu lat, umiałam rozróżnić kiedy był silny a kiedy tylko próbował.
Na giętkich nogach podeszłam do niego i przytuliłam się. Chyba nawet nie miał siły, żeby mnie przytulić, bo się nie poruszył.
Chciałam płakać, ale nie miałam czym, moje oczy były suche, więc jedyne co mi pozostawało to szloch. Nie wiem ile czasu stałam tak wtulona w brata, ale na pewno długo. Zdążył już mnie przez ten czas pogłaskać po włosach, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze i nie mam się czym martwić. Ale ja go nie słuchałam, bo wiedziałam, że nie będzie dobrze i nawet, jeśli Luke będzie zdrowy to nigdy nie będzie dobrze, bo bez przerwy się kłócimy. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że Luke może nie żyć, dlatego rozpaczałam nad tym wszystkim, co się stanie w przyszłości. Nie chciałam o tym myśleć wcześniej, ale teraz te myśli uderzyły we mnie z ogromną mocą. Nie możemy ze sobą zostać, bo przecież nie można przez całe życie milczeć i udawać przed wszystkimi, że jest w porządku i jesteśmy kochającym się małżeństwem. Tak się po prostu nie da. A ja chciałam mieć w przyszłości dzieci, szczęśliwe życie. Chciałam mieć to z Lukiem, ale chyba nie powinnam na to liczyć.
Calum cały czas coś do mnie mówił, ale ja go nie słuchałam. Byłam zbyt zajęta rozpaczaniem. I nagle zrozumiałam, że wypadek Luke'a był naprawdę poważny. On mógł umrzeć. Mogłam być wdową. Prawdopodobnie najmłodszą wdową na świecie. Nie chcę żeby Luke umarł. Chociaż miałabym z nim zostać do końca życia, w wiecznych kłótniach, chcę żeby żył, bo co ja bez niego zrobię? Rozpadnę się.
- Evangeline, posłuchaj chwilę- dopiero głos Ashtona przywrócił mi świadomość. Muszę zacząć ich słuchać, bo przecież mogą już mieć wieści od lekarza. To ja powinnam się tym interesować, ale przecież ważniejsze dla mnie było to, żeby starać się płakać.
Odsunęłam się od Caluma i spojrzałam w oczy Ashtonowi.
- Wiecie coś?- Pociągnęłam nosem. Pomyślałam wtedy, że pewnie nie wyglądam ślicznie, ale nie obchodziło mnie to.
- Operacja poszła dobrze, ale nie wiemy kiedy się obudzi.
- Ale na pewno się obudzi, tak?- Sama nie wiem czy chciałam znać odpowiedź na to pytanie.
Ash tylko uśmiechnął się do mnie smutno i podszedł z powrotem do Mike'a, który jeszcze nigdy nie wyglądał tak żałośnie. Miał podkurczone nogi, które oplótł ramionami i patrzył w jeden punkt, nawet nie reagując, kiedy Ash coś do niego powiedział. Nie mógł się pogodzić z tym, że Luke'owi może stać się coś złego.
- Chcę go zobaczyć- szepnęłam.
- Chyba jeszcze nikt nie może do niego iść- odpowiedział Cal.
- Ale ja jestem jego żoną. Muszę.- Nalegałam. Czemu mówiłam to jemu? Powinnam iść do recepcji.
Ruszyłam korytarzem, czując, że jest mi cholernie słabo, co chyba zauważył mój brat, bo poszedł za mną.
- Dzień dobry, chciałabym zapytać, czy mogę się zobaczyć z moim mężem- oznajmiłam, opierając się o blat. Młoda pielęgniarka spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko.
- Jak się nazywa pani mąż?
- Luke Robert Hemmings.
Wpisała coś do komputera.
- Poproszę pani dowód osobisty- spojrzała na mnie. W jej oczach malowała się beztroska i wiem, że nie powinnam, ale strasznie mnie to zirytowało. Kiedy mój świat się walił ona była szczęśliwa i uśmiechnięta.
Sięgnęłam do kieszeni po portfel, w którym nosiłam dowód. Calum wywrócił oczami. Zawsze narzekał, że taki dokument powinnam nosić w bardziej bezpiecznym miejscu, ale co jest bardziej bezpiecznym miejscem od moich spodni? Podałam jej, sprawdziła coś i oddała mi go.
- Pani mąż dopiero przeszedł operację i jest przewożony na OIOM, za pół godziny będzie pani mogła go odwiedzić.
- Dobrze, dziękuję- powiedziałam i odeszłam kawałek.
Nie, nie dobrze. Ja chcę go zobaczyć teraz.
- Calum, czemu nie zadzwoniliście do mnie wcześniej?- Spytałam.- I czemu nie odbieraliście?
- Nie wiem, tak wyszło. Usłyszeliśmy z budynku, że coś się stało na drodze, więc spojrzeliśmy tam, a Luke już leżał na ulicy a jakieś pięć metrów od niego stał samochód, z którego ktoś wychodził. Wyglądał jakby był pijany. Szybko wybiegliśmy z budynku i zadzwoniliśmy po pogotowie i policję, chociaż ktoś obcy już to zrobił wcześniej. Policja od razu zabrała kierowcę, bo nie uciekał. Zadzwoniliśmy do ciebie dopiero jak tu przyjechaliśmy i dowiedzieliśmy się, że robią operację. Przepraszam, że nie wcześniej.
- Dobra, nieważne.
Było ważne, ale teraz nie miałam siły, żeby na niego naskakiwać. Wróciliśmy do chłopaków. Usiadłam na krześle i podkurczyłam pod siebie nogi. Tak jak Mike. Ale teraz podszedł do niego mój brat.
- Idę na dół po herbatę dla Evangeline, idziecie ze mną?- zwrócił się do obydwu.
- Ale ja nie chcę herbaty- oznajmiłam.
- Ale dostaniesz- jego głos nie znosił sprzeciwu.- To idziecie czy nie?
- Ja zostanę- powiedział cicho Ashton, w tym samym czasie Michael energicznie pokiwał głową i wstał bez słowa z krzesła.
Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć. Sekundy leciały tak wolno a ja tak bardzo pragnęłam dostać się na OIOM. Było mi zimno i niedobrze. Chciałam być w domu, ale nie sama. Z Lukiem.
- Co powiedziała pielęgniarka?- Odezwał się w końcu Ash.
- Że mam poczekać pół godziny.- Spojrzałam na zegarek na nadgarstku. Prezent od Luke'a. Czy wszystko teraz musi mi się z nim kojarzyć?!- Teraz zostało siedemnaście jebanych minut czekania. Czemu nie mogę od razu do niego pójść? Gdyby wiedzieli jak mi na tym zależy...
- Evangeline...
- Co?
- A co jeśli on się obudzi, ale będziesz tego żałowała?
To pytanie było bolesne jak nóż wbity prosto w żołądek. Nie było bolesne, ponieważ godziło mojemu wyobrażeniu, jako kochającej żony. Bolało dlatego, że sama gdzieś w głębi umysłu miałam wyryte to pytanie a jeszcze gorsze było to, że nie potrafiłam go wyrzucić ani na nie odpowiedzieć.
- Mam nadzieję, że coś się zmieni- odpowiedziałam tak, bo myślałam, że to odpowiedź wymijająca.
- Ludzie się nie zmieniają. On zawsze będzie taki sam- powiedział i dopiero wtedy poczułam pieczenie w oczach a po chwili wilgoć na twarzy, kiedy łzy w końcu wydostały się z mojego organizmu.
- Wiem- pociągnęłam nosem.- Ale teraz nic już z tym nie zrobię. Już za późno.
Przytulił mnie. Pewnie nie wiedział, co odpowiedzieć. Albo po prostu wyczuł, że właśnie czyichś ramion teraz potrzebuję. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapowiedź:
"Nie wiem, czego ja się tam spodziewałam. Luke'a, uśmiechniętego jak zawsze przy chłopakach, czekającego na mnie z niecierpliwością i wyglądającego jak okaz zdrowia? Nie wiem czego, ale na pewno nie mojego Luke'a gotowego żeby wsadzić go do trumny!"
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie, moje motylki :333
Nareszcie jest, drugi rozdział, który, mam nadzieję, podoba wam się i nie zanudziłam tu nikogo na śmierć ;D Obiecuję, że następny będzie trochę ciekawszy a w czwartym to już w ogóle coś fajnego się stanie, ale nie będę teraz nic zdradzać :P
Mam nadzieję, że w ogóle ktoś to czyta, bo pod poprzednim był tylko jeden komentarz :( Ok, nie oszukujmy się, i tak miałam z niego ogromną radochę :D
Nevermind, czytajcie i komentujcie misie ;*
Do zobaczenia 15 lutego (ostatni dzień moich ferii ;-;)