poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział 6. "You are my heaven"

Ashton wyszedł z sali. Od razu podszedł do mnie i lekko się uśmiechnął.
- Luke chce się z tobą zobaczyć- oznajmił, teraz już całkowicie się szczerząc.
- Co?!- Równocześnie z Calumem zadaliśmy to samo pytanie.
- To, co słyszałaś, idź tam- polecił.
- Ale jak to chce się ze mną widzieć? To on coś pamięta?
- Nie, ale chce cię zobaczyć, idź już, bo czeka- pogonił mnie, lekko popychając.
Wzięłam głęboki oddech i poszłam. Wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie należała do prostych.
Powoli, pomalutku stawiałam po jednym kroku, jakbym dopiero uczyła się chodzić. W końcu dotarłam do jego łóżka i, nie będę ukrywać, trochę speszona, leciutko pocałowałam go w zdrowy policzek. Wiem, jestem idiotką. Dopiero się obudził i jestem dla niego obcą osobą, a robię takie rzeczy. Nie wiem, czemu to zrobiłam. Usiadłam na krześle i zaczęłam się niepewnie rozglądać po ścianie. Cholera, czemu ja nigdy nie wiem, co zrobić? Czułam na sobie wzrok Luke'a i chociaż wiedziałam, że powinnam coś powiedzieć to nie zrobiłam tego.
- Jak masz na imię?- Usłyszałam słaby glos chłopaka. Jestem naprawdę beznadziejna. Spojrzałam na niego a w oczach już miałam łzy.
- Evangeline- odparłam, a mój głos leciutko, prawie niezauważalnie, ale jednak, się załamał. Na dźwięk mojego imienia Luke wykonał ustami coś dziwnego, co chyba miało być uśmiechem.
- Miło cię poznać, znowu- powiedział niepewnie.- Ja jestem Luke, chyba...
- Tak, to twoje imię- uśmiechnęłam się do niego. To chyba miało być pocieszające, ale pewnie wyszło depresyjnie.
- A ty jesteś...
- Twoją żoną- dokończyłam szybko.
- Czyli to jednak prawda.- Jezu, jaki jego głos był słaby!
- A czemu to takie dziwne?- Spytałam, najdelikatniej jak potrafiłam.
- Nieważne- gdyby nie to, że byłam pod wpływem emocji, a on był ranny, mogłabym powiedzieć, że się zarumienił.
Chwilę siedzieliśmy w ciszy.
- Jak się czujesz?- Odezwałam się w końcu.
- Mogłabyś mi podać swoją dłoń?- Zapytał znienacka, ale z ogromną nadzieją w głosie.
- Oczywiście- odparłam i przysunęłam się trochę z krzesłem, wsuwając delikatnie moją dłoń w jego.
- Spokojnie, nie zrobisz mi krzywdy- znowu spróbował się uśmiechnąć. Gdy już go trzymałam, lekko poruszył palcami.- Nie masz obrączki- zauważył.- Ja też nie...
Cholera. Musiało do tego dojść. Ale czemu tak szybko? Nie mogę mu teraz powiedzieć, że się nienawidzimy i dlatego nie nosimy obrączek.
Zrobiłam najgorszą rzecz, jaką mogłam zrobić, czyli przemilczałam jego pytanie. Mogłam coś wymyślić, skłamać, powiedzieć cokolwiek a ja tak po prostu siedziałam cicho.
- Masz gładkie dłonie- zauważył.
- Eee... Dziękuję.
- Bardzo przyjemne. Przepraszam, że gadam takie głupoty, ale ponoć jestem na jakichś lekach.
- Nie przeszkadza mi to- zapewniłam. Poczułam nagły przypływ odwagi.- Tęskniłam za tobą.
Nie odpowiedział. Był cicho. Pewnie nie wiedział, co powiedzieć. Ja na jego miejscu też bym nie wiedziała. Targały mną emocje. Normalnie nigdy bym nikomu nie powiedziała, że za nim tęskniłam. Cholera, zawsze muszę zjebać. Zawsze. Pewnie się mnie wystraszył.
Poruszyłam się.
- Chyba muszę już iść- oznajmiłam, starając się delikatnie wysunąć dłoń, jednak on ledwo dostrzegalnie spróbował wzmocnić uścisk. Oczywiście nie udało mu się to za dobrze, bo przecież był jeszcze taki słaby.
- Kiedy do mnie wrócisz?- Zapytał, mrużąc oczy.
- Postaram się jak najszybciej- wyszeptałam i już trochę pewniej wyjęłam rękę, po czym wstałam, pochyliłam się nad nim i znów cmoknęłam go w twarz. Wyszłam jak najszybciej potrafiłam. Chciałam już stamtąd po prostu iść. Nie miałam siły dłużej tam siedzieć. Byłam na siebie zła, bo jak zwykle wyskoczyłam z jakimś tekstem kompletnie nieodpowiednim do sytuacji.
Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Otworzyłam szklane drzwi i starałam się szybko przemknąć, tak, żeby nikt mnie nie zauważył. Łzy przesłoniły mi już widok i kompletnie nie wiedziałam czy idę w dobrą stronę, chciałam po prostu stamtąd wyjść. Wpadłam na coś twardego, po czym poczułam obejmujące mnie ramiona i ten sam zapach, który znałam od lat. Calum kupował zawsze te same perfumy.
- Co się stało?- Spytał, głaszcząc mnie po głowie.
- Jestem totalnie beznadziejna- wyrzuciłam z siebie, zalewając jego koszulkę potokiem moich łez.
- Posłuchaj, nie martw się tym, że on cię nie pamięta.- Próbował mnie pocieszyć.- On teraz nie pamięta nikogo i prawdopodobnie sobie nie przypomni. Nie zamartwiaj się, wszystko będzie jak dawniej.
- Ale ja nie chcę żeby było jak dawniej- wybuchłam, odsuwając się od niego. Ok, byłam zbyt gwałtowna czasem.
Calum próbował do mnie podejść i znowu mnie objąć, ale zrobiłam krok do tyłu.
- Jeśli coś jest nie tak to mi to powiedz, wymyślimy coś razem- zaproponował.
- Nie, teraz chcę tylko być sama- wyminęłam go i biegiem pokierowałam się do wyjścia ze szpitala.
Poczułam chłodne powietrze na twarzy. Nie płakałam już. Wzięłam kilka głębokich oddechów, po czym usiadłam znowu na krawężniku, na którym wcześniej siedziałam z Ashtonem.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Już miałam wybierać numer na taksówkę, ale doszłam do wniosku, że lepiej będzie, jeśli pójdę sama. Wstałam i ruszyłam w stronę domu.
Otworzyłam drzwi pustego domu, zdjęłam kurtkę i usiadłam na krześle przy stole. Znowu było tu tak dziwnie cicho. Rozdzierały mnie dwa zupełnie różne uczucia. Z jednej strony chciałam być sama, nie musieć patrzeć na nikogo, na Caluma, Ashtona, Mike'a, na panią Hemmings. Z drugiej strony miałam ochotę z kimś pogadać. Powiedzieć o moich problemach, obawach... o ciąży. No właśnie, co ja mam zrobić? Nie chcę teraz dziecka. Nie usunę go, nie ma mowy. Chyba pierwszy pomysł był najlepszy. Przecież jest tyle rodzin, które chciałyby mieć dziecko a nie mogą... przecież bycie surogatką to nic złego, prawda? Nie robię tym nikomu krzywdy.
Naszły mnie okropne przemyślenia. Nie chciałam takiego życia. Nie mam pracy, wykształcenia, jestem w ciąży z chłopakiem, który nic nie pamięta. Każda marzy o takiej przyszłości. Poza tym jakoś nie wyobrażałam sobie mojego dalszego życia. Przecież ja nie poradzę sobie z Lukiem. Będę musiała mu wszystko tłumaczyć, opowiedzieć chociaż trochę co dzieje się w jego życiu. Ja jestem za słaba, żeby dać radę z czyjąś chorobą, ja ledwo sama ze sobą daję sobie radę.
Chcę uciec od tego problemu. Od mojego życia.
Sama nie wiem, czemu ja to wtedy zrobiłam, ale poszłam na górę po kartkę i ołówek, wróciłam na dół i podeszłam do kuchenki gazowej w kuchni. Przecież taka śmierć nie boli. Nic nawet nie poczuję. Zabiję siebie i dziecko. Jestem pewna, że gdy zobaczyłoby ten świat samo nie chciałoby tu żyć. W tym piekle.
Odkręciłam gaz i sprawdziłam, czy na pewno nie lecą płomyczki. Nie było ich.
Położyłam się na kanapie i zaczęłam rysować. Kiedyś rysowałam najlepiej z moim znajomych, rodzina i nauczyciele chwalili mnie za mój talent, ale ja traktowałam to jako zabawę a nie jako coś ważnego. Nie chciałam tak leżeć i czekać, dlatego zajęłam się dawnym hobby. Kawałek papieru był mały, ale to mi nie przeszkadzało. Nie pamiętam nawet, co narysowałam, pamiętam tylko, że ołówek zostawiał za sobą czarne kreski, a ja byłam coraz bardziej zmęczona. W końcu usnęłam z ołówkiem w ręce. Poczułam, że kręci mi się w głowie, oprócz tego nic.
Nie bolało. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej, stokrotki, misie, landrynki i inne takie (fuuuuuj, ale tu słodzyczy nawaliłam, przepraszam za to, ale mój mózg dzisiaj źle pracuje xddd). Także ten, wiem, że rozdział miał być wczoraj ale jest dzisiaj, więc nie podważać mojej decyzji (a raczej lenistwa. tak, cały dzień wczoraj oglądałam serial i miałam doła przez serial :D). 
Chcę ogłosić, że za dwa tygodnie nie będzie rozdziału, gdyż muszę się uczyć (juhuuu, już nie mogę się doczekać! -,-), co oznacza, że nowy rozdział pojawi się 26.04.2015 roku (chyba, że pojadę na Pyrkon, w takim wypadku pojawi się dzień później).
Jak widzicie tą część opowiadania pozostawiłam bez zapowiedzi, żeby wzbudzić jeszcze większą ciekawość he hehe.
Mam nadzieję, że ten rozdział się wam spodobał i w końcu w komentarzu wyrazi swoją opinię więcej niż jedna osoba. Ruda, kochom cię, ale potrzebuję approve'a od innych ludziów. Także no, komentujcie bo jak nie to was znajdę i zjem (to był oczywiście żart, nie jestem Hannibalem Lecterem hehe). Do zobaczenia w następnym rozdziale xoxo, Irene Anastasia.

niedziela, 15 marca 2015

Rozdział 5. "Every day it gets harder to stay away from you"

Weszłam do szpitala, ale oczywiście w poczekalni nie było nikogo znajomego. Zabiję gnoja. Na pewno coś się stało. Ruszyłam w stronę OIOM-u, wykręcając numer brata. Nie odbierał. Tak, kurwa, po co odbierać?! Dotarłam pod drzwi Oddziału i oczywiście zastałam wielkie zamieszanie związane z wejściem do środka. Pani Hemmings sprzeczała się z pielęgniarką, Calum, Ashton i Mike rozmawiali między sobą. Nikt mnie nie zauważył. Podbiegłam do nich.
- Ja cię kiedyś zapierdole- wyrzuciłam wściekła na Cala. Spojrzał na mnie z mieszaniną smutku i zaskoczenia w oczach. Co? Nie spodziewałeś mnie się tu teraz, prawda?
- Posłuchaj...- zaczął.
- Nie, to ty posłuchaj. Byłam cholernie zmęczona przerażającym czekaniem aż on się obudzi i będę mogła posiedzieć z nim chociażby w milczeniu, bo jest moim jebanym mężem, a ty nawet nie raczyłeś zadzwonić?! Czemu się tu wszyscy zebraliście, co? Co się do cholery stało i czemu nikt do mnie nie zadzwonił?!- Wrzeszczałam. Teraz nie obchodziły mnie spojrzenia pielęgniarek. Teraz byłam zbyt wściekła.
- Obudził się.
To było jak kubeł zimnej wody. Czekałam na to. W końcu się udało. Poczułam się trochę źle z tym, że zamiast od razu spojrzeć przez szklane drzwi, czy Luke nadal jest w śpiączce czy nie, ja wszczęłam kłótnię. Teraz jednak odwróciłam wzrok w tamtą stronę. Przy jego łóżku stał lekarz i pielęgniarka. On coś mówił, ona zapisywała. Luke leżał w tej samej pozycji, co wcześniej tyle, że teraz miał lekko rozchylone oczy. Moje serce przyspieszyło. To uczucie nie było przyjemne. Jeszcze nigdy mój organizm się tak nie zachował. Po chwili spostrzegłam, że pani Hemmings wchodzi na OIOM i podchodzi do łóżka syna.
Nie wiedziałam, co robić. Chciałam tam wejść, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie mogłam ruszyć się z miejsca, chociażby podejść do pielęgniarki.
Zaczęłam szybko oddychać, jakby miało zabraknąć mi tlenu i delikatnie się uśmiechać. Szczęście napełniło mnie nagle, a przecież nie wiedziałam jeszcze czy wszystko dobrze. Powodem mojego szczęścia było samo to, że on się obudził. Nieważne, w jakim był stanie. Ważne, że już był z nim kontakt.
W końcu zmusiłam moje ciało do ruchu i podeszłam do pielęgniarki. To już nie była żadna z tych pielęgniarek, które były wcześniej. No tak, kiedyś musiały iść do domu.
- Mogę zobaczyć się z moim mężem?- Zapytałam, ledwo co oddychając.
- Poproszę pani dowód osobisty- odparła monotonnie.
Sięgnęłam do kieszeni spodni. Cholera. Nie mam dowodu. Nie wpuszczą mnie. Napełniła mnie jeszcze większa złość niż ta, którą przed chwilą wyładowywałam na bracie.
- Zapomniałam zabrać z domu, ale proszę mnie tam wpuścić... chociaż na chwilę- prawie płakałam.- Muszę wiedzieć czy u niego wszystko dobrze.
- Niestety, nie mogę tego zrobić. Takie mamy przepisy.
Teraz już poniosły mnie emocje. Zaczęłam krzyczeć, jeszcze głośniej niż przed kilkoma minutami. Przeklinałam i rozkazywałam pielęgniarce wpuścić mnie do środka, ale ona była nieugięta.
Później poniosło mnie jeszcze bardziej. Prawie ją uderzyłam. To wszystko pod wpływem emocji. Na szczęście to było prawie, bo kiedy chłopcy zobaczyli, że robię się agresywna jeden z nich do mnie podbiegł, z zaskoczenia wziął na ręce, przerzucił sobie przez ramię i wyszedł. Przez łzy nawet nie widziałam który to. Wierzgałam nogami i krzyczałam, że ma mnie puścić, bo chcę się zobaczyć z Lukiem, ale był nieugięty. W końcu poczułam twardy grunt pod stopami i zobaczyłam twarz Ashtona.
- Ty idioto!- Wrzasnęłam.- Czemu do cholery to zrobiłeś?! Ja chcę natychmiast spotkać się z Lukiem! W ogóle, kto ci pozwolił mnie tak bezczelnie stamtąd zabrać?!
- Twój brat.
- Wy wszyscy jesteście jacyś popierdoleni- próbowałam go ominąć i wrócić do budynku, ale zagradzał mi drogę.- Przepuść mnie do cholery, bo jak nie to ci przypierdolę!
Złapał mnie za ramiona.
- Przestań przeklinać, dziewczyno- spojrzał mi prosto w oczy, ale odwróciłam wzrok. Podczas rozmowy nigdy nie utrzymywałam kontaktu wzrokowego. To zbyt intymne.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić!
- Będę. Ja teraz wracam na OIOM, a ty tu zostajesz i wrócisz dopiero jak się całkowicie uspokoisz. Chyba nie chcesz, żeby Luke cię widział w takim stanie. Tylko za mną nie idź, bo znowu cię wyprowadzę i dodatkowo tu z tobą zostanę.
Puścił mnie, odwrócił się i odszedł.
- Debil!- Zdążyłam jeszcze za nim krzyknąć zanim zniknął w drzwiach szpitala.
Usiadłam na krawężniku i ukryłam twarz w dłoniach. Obiecuję, już nie płakałam, po prostu nie chciałam, żeby ludzie widzieli moją twarz. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby starać się ukryć emocje.
Przesiedziałam tak jakieś pół godziny, mając w głowie obraz twarzy Luke'a. Nie tej rannej, po wypadku. Tej prawdziwej, kiedy czasem się przede mną otwierał i był po prostu sobą. On nie potrafił się szczerze uśmiechnąć. Nie potrafił się cieszyć. Zawsze mi powtarzał, że jest beznadziejny. Miał jakieś cholerne kompleksy i właśnie wtedy pomyślałam o czymś przerażającym... Nie, to niemożliwe, to jakiś chory wytwór mojej wyobraźni.
Wzięłam dwa głębokie oddechy i wstałam.
Gdy dotarłam na OIOM można powiedzieć, że byłam spokojna. Przed oszklonymi drzwiami stała pani Hemmings, Calum i Mike.
- Gdzie ten idiota?- Wycedziłam przez zęby.
- Załatwiłam wam, że każdy po kolei wejdzie na chwilę do Luke'a. Teraz on tam jest- odezwała się moja teściowa.
- Aha.- Powiedziałam tylko i stanęłam pod ścianą po drugiej stronie korytarza. Zdecydowanie nie miałam teraz ochoty z nimi rozmawiać.
- Zaraz przyjdzie lekarz i ci wszystko wytłumaczy- podszedł do mnie Calum.
- Aż takie to skomplikowane?- Spytałam ironicznie. Wiem, że moje zachowanie było na poziomie sześciolatki, ale nie mogłam zachowywać się normalnie. Coś mnie przed tym powstrzymywało.
- Raczej trochę rozczarowujące.- Cal przygryzł wargę.
- Mi wystarczy do szczęścia tylko to, że się obudził.
- Zobaczymy, co powiesz, jak się dowiesz co ma ci do powiedzenia lekarz...
- Zaraz się dowiem.
Rzeczywiście zza rogu wyłoniła się znajoma sylwetka. Wolałabym, żeby to był ktoś, kto nie wie o mojej ciąży, ale jakoś muszę sobie poradzić. Zatrzymałam go.
- Przepraszam, poświęci mi pan chwilę?- Spytałam, starając się brzmieć łagodnie.
- Pewnie, o co chodzi?
- Chciałabym zapytać o stan zdrowia Luke'a Hemmingsa, to mój mąż.
- O Boże, pani jest jego żoną?- Zrobił duże oczy.
- Tak, to źle?- Spytałam zdziwiona.
- Zważając na- zniżył głos- fakt pani ciąży to niezbyt dobrze.
- Boże... co mu jest? Wyzdrowieje?- No to mnie przestraszył. Nie wiedziałam nawet, co mówić, jakie pytania zadawać.
- Pan Hemmings ma zanik pamięci.
Zrobiło mi się gorąco. Nie mogłam uwierzyć. Tego się nie spodziewałam.
- Nie pamięta niczego?- Tylko to mi przyszło do głowy.
- Tak, to dość mocny uraz, nawet swojej matki nie poznał.
- Mogę do niego iść? Proszę, to dla mnie ważne.- Spojrzałam na niego błagalnie.
- Oczywiście, za chwilę wyjdzie pan Irwin i będzie się pani mogła z nim spotkać.
- Dziękuję- wyszeptałam i dałam mu spokój. Sama nie byłam gotowa na więcej informacji, więc wolałam o nie nie prosić.
Wróciłam do Cala.
- Co teraz?- Spojrzał na mnie.
- A co ma być? Muszę mu wszystko od początku wytłumaczyć.
- To nie takie proste, wiesz?
- Dzięki za pocieszenie.- Spojrzałam na niego z wyrazem irytacji na twarzy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapowiedź:
"-Nie zamartwiaj się, wszystko będzie jak dawniej.
- Ale ja nie chcę żeby było jak dawniej- wybuchłam, odsuwając się od niego. "
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie w piątym rozdziale, motylki. Zdaję sobie sprawę, że jest krótki, nudny i w ogóle to opowiadanie jest do niczego i nadal nie wiem czemu ja je nadal prowadzę, ale jednak mam nadzieję, że ktoś to czyta, bo w następnym rozdziale coś się stanie ale nie chcę spojlerować hehe. Jeśli tu jesteś i czytasz, to proszę cię- zostaw komentarz, powiedz co ci się podoba (jeśli w ogóle coś się podoba xD), a co nie. Proszę, te komentarze to dla mnie naprawdę dużo a nie ma ich wcale.
No to... do zobaczenia za dwa tygodnie,
xoxo, Irene. 

niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 4. "We're suffering, helpless thoughts"

Leżałam swobodnie na łóżku szpitalnym. Zerwałam się, błyskawicznie siadając. Rozejrzałam się. Na krześle siedział Calum wpatrując się we mnie. W jego wzroku była widoczna troska.
- Co się stało?- Spytałam zdezorientowana.
- Zemdlałaś- usiadł obok mnie i pogładził mnie po włosach.- Może połóż się jeszcze na chwilę.
- Tak mi dobrze. Co z Lukiem? Obudził się?
Calum spojrzał na swoje ręce i milczał. Nie obudził się.
- Ile byłam nieprzytomna?
- Jest siódma nad ranem- odparł Calum.
Siódma?! Nawet nie wiedziałam, że można tyle czasu być nieprzytomną po zemdleniu...
- Matka Luke'a jest u niego. Przyjechała jakieś 10 minut po tym jak zemdlałaś. Chciała go zobaczyć, ale powiedziała, że jak tylko się obudzisz to mam jej o tym powiedzieć. A poza tym lekarz chciał z tobą porozmawiać.
- Dobrze, już idę, tylko powiedz mi, do którego gabinetu- spróbowałam się podnieść, ale nadal było mi słabo.
Cholerna dieta. Nie dość, że nie jadłam nic oprócz skromnego śniadania to jeszcze ostatnio trochę przytyłam. Teraz lekarz pewnie będzie mi prawił morały, że nie można się tak odchudzać. Jakbym nie wiedziała.
- Lepiej poczekaj, ja go przyprowadzę- zaoferował się Cal i zanim zdążyłam zaprotestować jego już nie było.
Rozejrzałam się. Leżałam sama na sali. Nie była duża, ale dwa łóżka by się tu zmieściły a stało tylko jedno. Paliło się kilka lamp, mimo że na dworze było już jasno.
W końcu, po kilku minutach, przyszedł Calum i lekarz.
- Czy pani brat może zostać przy naszej rozmowie czy woli pani żeby wyszedł?- Lekarz spojrzał na mnie pytająco.
- Wyjdź, proszę- zwróciłam się do Cala. Posłusznie wyszedł. Nie zdziwiły go moje słowa, pewnie tego właśnie się spodziewał, zawsze byłam zamknięta i miałam przed wszystkimi tajemnice.
- Kiedy ostatni raz pani coś jadła?- Zapytał, spoglądając na mnie spod szkieł okularów.
Wiedziałam, że będzie o to pytał.
- Wczoraj rano.
- Niedobrze...- zapisał coś w karcie.- Musi pani teraz jeść więcej i bardziej o siebie dbać. Potrzebujecie tego.
- My? To znaczy ja i kto?- Nie rozumiałam tego. Ten lekarz bredził!
- Przecież jest pani w ciąży.
Zatkało mnie. To nie może być prawda. Nie mogę być w ciąży. Nie teraz!
- Nie wiedziała pani?- Zdziwił się lekarz.
Oczywiście, że nie widziałam. Skąd miałam wiedzieć? Chociaż w sumie jak tak pomyślałam to to by się zgadzało, nie miałam okresu już jakiś czas. Czemu ja tego nie zauważyłam? Nie zwróciłam na to uwagi... co ja mam teraz zrobić?
- Nie- odpowiedziałam tylko. - Mógłby pan na razie nic nie mówić mojemu bratu... ani w ogóle nikomu?
- To mój obowiązek. Jest już pani wolna, proszę coś zjeść i się porządnie wyspać- wyszedł, a ja zostałam sama. Kompletnie sama.
Moja prawa ręka mimochodem powędrowała do dolnej części brzucha. Przytyłam trochę, ale nigdy bym nie pomyślała o czymś takim.
Okropnie zachciało mi się płakać. Chciałam szlochać, chciałam żeby łzy spływały wolnym strumieniem po moich policzkach. Ale potrafiłam tylko siedzieć z tą zimną ręką dotykającą mojego brzucha, wpatrując się w niebo przez okno. Byłam oszołomiona. To nie może być prawda. On sobie tylko żartował. Wolałam sobie wmawiać taką wersję niż przyjąć do wiadomości fakt, że... nawet w myślach nie potrafiłam wymówić tych słów.
Usłyszałam, że drzwi się uchylają i ktoś wchodzi. Szybko zabrałam rękę z brzucha. Po chwili zobaczyłam przed sobą Ashtona.
- Wszystko dobrze?- Zapytał przysuwając bliżej krzesło i siadając tuż obok mnie.
Nie, nie jest dobrze. Jestem skończona. Wpadłam a mój mąż leży nieprzytomny na OIOM'ie i nie wiadomo, kiedy się obudzi. Moja matka będzie wściekła, bo przecież ona od początku odradzała mi małżeństwo. Nie mam żadnych przyjaciół, którym mogłabym się zwierzyć.
- Tak, jest ok- odpowiedziałam. Jednak nie wytrzymałam. Łzy popłynęły mi same. Po raz kolejny nie obchodziło je nic, były samolubne.
- Ej, co jest?- Złapał mnie za rękę.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać, proszę, pozwól mi mieć chociaż tajemnicę- wyszeptałam, nieświadomie mocno ściskając jego dłoń. Ale on jej nie zabrał. Pozwolił mi ją gnieść, a ja wtedy nawet nie byłam w stanie zrozumieć co robię. Wyżywałam się na kimś fizycznie i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Nie. Nie miałam już siły tu dłużej siedzieć i nic nie robić. Nie chciałam myśleć o tym co się stanie za kilka miesięcy, a czułam że za chwilę te myśli mnie kompletnie pochłoną. Musiałam się zająć czymś innym.
- Luke się obudził?- Spojrzałam mu prosto w oczy. Pierwszy raz od kilku lat spojrzałam drugiej osobie głęboko i szczerze w oczy. Zawsze uciekałam wzrokiem przy rozmowie, jakby mój rozmówca miał wyczytać z moich oczu wszystkie kłamstwa, które właśnie mu podaję. Bo kłamałam często. Prawie cały czas, nie było wymiany zdań żebym nie skłamała, chociaż w najmniejszej sprawie.
- Nie- Ashton przygryzł wargę i po chwili wahania wytarł mi łzy.
- Cholera- wyrzuciłam.- Mogę do niego iść?
- Myślę że tak, ale dobrze się już czujesz?- Spojrzał na mnie z troską.
- Tak- starałam się wstać, ale od razu tego pożałowałam. Znów zakręciło mi się w głowie. Usiadłam.- Chyba jestem trochę głodna.
Ash od razu zerwał się z krzesła.
- Przyniosę ci coś.
Wyszedł pospiesznie i zostawił mnie samą. W takiej sytuacji to nie był dobry pomysł. Kurwa. To był okropny pomysł! Zaczęłam myśleć o rzeczach, o których nie powinnam. O tym, że mogę nie donosić ciąży. O tym że dziecko może urodzić się chore, bo przecież się źle odżywiam. A co jeśli ja i Luke się rozstaniemy i nie poradzę sobie sama z wychowaniem?
I właśnie wtedy wpadł mi do głowy pewien szalony i okropnie głupi pomysł. Wyjęłam z kieszeni spodni telefon. To dziwne, że nikt mi go nie wyjął z kieszeni kiedy zemdlałam, ale nie to było najważniejsze. Weszłam w wyszukiwarkę i wpisałam "agencje surogatek". Wyskoczyło mi kilka stron, ale nie zdążyłam w żadną wejść, ponieważ do sali z powrotem wparował Ashton. Szybko wyłączyłam internet i schowałam komórkę do kieszeni.
- Mam dla ciebie jakąś kanapkę i herbatę, proszę- oznajmił, wciskając mi jedzenie w prawą rękę, natomiast picie w lewą.
- Dzięki- wymamrotałam. Tak naprawdę przeszła mi ochota na wszystko a jedyne, o czym myślałam to kiedy obudzi się Luke i dopracowywanie mojego, jak wtedy uważałam, genialnego planu. Co mogłabym powiedzieć Luke'owi kiedy się obudzi? Jedynym wyjściem byłoby mu powiedzieć, że odchodzę, ale... nie, to nie wchodziło w grę. Coś bym jeszcze wymyśliła. Przecież jestem dość inteligentna.
Starałam się jeść powoli kanapkę, nie myśląc o tym, że kompletnie nie mam ochoty na zapychanie sobie teraz żołądka. Chyba trochę odzwyczaiłam się od jedzenia. Ashton siedział na krześle i przyglądał się mi. To było trochę krępujące, nie ukrywam. W końcu udało mi się dokończyć jedzenie, bo wiedziałam, że jeśli nie zjem wszystkiego Ashton mnie nie wypuści.
Wstałam i nadal nie czułam się najlepiej, ale chciałam już opuścić tą salę i pójść do Luke'a. Teraz potrzebowałam tylko tego.
- Lepiej się już czujesz?- Spytał Ash, również wstając.
- Tak- odparłam krótko i ruszyłam do wyjścia.  Usłyszałam, że chłopak idzie za mną.
Zauważyłam, że jesteśmy na tym samym korytarzu, na którym wcześniej wszyscy siedzieliśmy.
- Gdzie jest Cal i Mike?- Spytałam, odwracając się, żeby spojrzeć na Ashtona.
- Poszli na dół, siedzą tam z panią Hemmings.
- Ok, też tam niedługo przyjdę.
Poszłam w stronę OIOM-u. Weszłam przez szklane drzwi, a pielęgniarki już mnie poznały. Podeszłam do łóżka Luke'a i usiadłam na krzesełku. Spojrzałam na jego twarz. Widok jego ran nadal mnie przerażał, ale to już nie był ten szok, który przeżyłam jak zobaczyłam go po raz pierwszy. Teraz czułam coś, czego sama nie potrafiłam do końca nazwać. Czułam złość na siebie, ale za co? Może za to, że byłam zawsze tak cholernie uparta i nigdy nie odpuszczałam przy kłótni? Może dlatego, że zaczynałam czuć coś czego w zasadzie nie czułam wcześniej? Jeszcze nigdy się o nikogo nie troszczyłam. Teraz miałam ochotę sama zająć się jego ranami, żeby tylko coś zrobić, żeby mu pomóc. Nie chciałam, żeby cierpiał. Tak, to zdecydowanie było nowe uczucie. Nigdy się o nikogo nie bałam. Choroby bliskich miałam za przeproszeniem w dupie. Czemu martwię się o Luke'a, który jest takim cholernym idiotą?!
Poczułam mdłości, znowu. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Co ja mam robić? Boję się, że jak się obudzi to mnie zostawi. Na pewno już o tym myślał. Nie wiem czy to, że będziemy mieli dziecko cokolwiek zmieni. Już to sobie wyobrażam. Bierzemy rozwód a ja z brzuchem wracam do matki i ojca. Oczywiście nie mam żadnego wyższego wykształcenia ani pracy, więc przez jakiś czas będę musiała mieszkać z nimi i wysłuchiwać ich pieprzenia o tym, jaki Luke jest zły. Nie powiem im przecież, że to wszystko to nie tylko jego wina.
Wzięłam rękę Luke i zataczałam na niej koła kciukiem. Odchrząknęłam.
- Wiesz- zaczęłam- słyszałam, że ponoć nawet jak ktoś jest w śpiączce to słyszy wszystko, co się do niego mówi i... Chciałam tylko, żebyś wiedział, że trochę mnie obchodzisz.
Do oczu napłynęły mi łzy, więc szybko odłożyłam jego dłoń tam gdzie leżała wcześniej i szybko wyszłam. To zdecydowanie nie jest dobry pomysł żeby tu z nim siedzieć. Jestem zbyt słaba.
Dotarłam na najniższe piętro budynku i zobaczyłam zatroskaną twarz matki Luke'a. Kiedy tylko mnie zobaczyła zerwała się z krzesła i mocno mnie przytuliła. Wtedy już kompletnie się rozkleiłam. Zaczęłam łkać jak małe dziecko. Po chwili sweter, w który była ubrana, był kompletnie mokry od moich łez.
- Nie płacz, kochanie, wszystko będzie dobrze- powiedziała. Odsunęłam się, żeby móc na nią spojrzeć.
- Wierzy pani w to?- Ledwo ją widziałam przez te łzy.
- Musimy w to wierzyć, bo inaczej naprawdę będzie źle- odparła słabo.
Nie odpowiedziałam. Bez słowa usiadłam między Calumem a Ashtonem na krześle. Naprzeciw siedział Mike, a po chwili też pani Hemmings. Nawet jeśli Luke będzie kompletnie zdrowy to dla niej się skończy dobrze, bo ona syna nie straci. To ja zostanę sama z małym potworkiem przypominającym mi o byłym mężu. Chciałabym komuś powiedzieć o tej ciąży ale komu? Pani Hemmings? Nie teraz, kiedy jej syn leży nieprzytomny na Oddziale Intentywnej Opieki Medycznej. Nie będę jej dokładać problemów i to cudzych. Ashton? Nie, on odpada, jeszcze by do kogoś poleciał z tym faktem. Calum? O nie, nie przyznam się braciszkowi do tego, jaka głupia jestem. Michael też nie, przecież nie będę się zwierzać mojemu byłemu z takich rzeczy. I tak oni wszyscy się niedługo dowiedzą, ale nie teraz. Teraz jestem skazana na kolejną tajemnicę. Jedyny sekret w moim życiu, który nie jest smakowity. Chciałabym wrócić do czasów, kiedy moimi tajemnicami były paczki papierosów chowane przed rodzicami za szafą czy dwa piwa wypite na imprezie u kolegi.
- Jedź do domu może- usłyszałam głos dochodzący z lewej strony. Odwróciłam głowę w stronę Ashtona.
- Przeszkadzam ci tu?- Ok. Byłam trochę zbyt oschła. Zgoniłam całą winę na zmęczenie i szok.
- Nie o to chodzi- wywrócił oczami.- Siedzisz tu i czekasz na cud, a powinnaś się przespać.
- Spałam przecież- burknęłam.
- Nie spałaś. Zemdlałaś. To nie to samo- spojrzał na mnie karcąco.
- Przestań się o mnie martwić- odparłam.
- On ma rację- dołączył się Calum.- Powinnaś trochę odpocząć. Jeśli czegoś się dowiemy to na pewno do ciebie zadzwonię, obiecuję.
- Dajcie wy mi kurwa wszyscy święty spokój- wyrzuciłam i wstałam. Nie wiedziałam, czemu tak zareagowałam ani gdzie chciałam pójść, ale poniosły mnie emocje. Ruszyłam do drzwi wyjściowych.
Poczułam na twarzy świeże powietrze dnia i zaczęłam głęboko oddychać. Usiadłam na krawężniku między trawą a chodnikiem. Miałam ich dosyć. Teraz jedyna osoba, której potrzebowałam leżała nieprzytomna na szpitalnym łóżku. Dlatego wolałam pobyć chwilę sama. Ale oczywiście nie mogłam, bo po chwili pojawił się obok mnie Irwin. Czy on chce być moim jebanym bodyguardem?!
- Po chuj tu przylazłeś?- Miałam nadzieję, że jak będę opryskliwa to mnie zostawi.
- Pomyśleliśmy, że lepiej jak ktoś cię przypilnuje- wyjaśnił, siadając obok mnie.
- Super- wyciągnęłam paczkę papierosów, ale chwilę się zawahałam. Dziecko nie jest niczemu winne... Ostatni raz. Wyciągnęłam jednego i zapaliłam. Zaciągnęłam się raz, ale mocno.
- Chcesz?- wyciągnęłam napoczętą fajkę w stronę chłopaka. Wziął bez słowa, pociągnął, a po chwili chciał mi ją oddać.
- Dokończ- poprosiłam a on spojrzał na mnie zdziwiony, ale zrobił to.
Kiedy skończył spojrzałam na niego wyczekująco.
- Może już wrócisz do środka?- Zasugerowałam.
- Czemu się tak zachowujesz?- Jego zainteresowany i spokojny wzrok zatrzymał się na moich dłoniach, w których bawiłam się pudełkiem zapałek.
- O co ci chodzi?
- Dlaczego jesteś taka niemiła i odpychająca? Powiesz mi?
- Słuchaj. Nie mam ochoty się zwierzać z moich problemów prawie obcej osobie. W ogóle nie chce mi się komukolwiek zwierzać i mam nadzieję, że w końcu zajmiesz się sobą, a nie mną, ok? W takim razie... mógłbyś już sobie pójść i zostawić mnie samą?
- Chciałem ci tylko pomóc- powiedział smutno.
- Ktoś cię o to prosił?- Odpowiedziałam. Jestem jedną wielką sprzecznością. Mówiłam takie rzeczy a tak naprawdę miałam ochotę tylko i wyłącznie na to, żeby mnie mocno przytulił i pogładził po włosach, bo Luke nie mógł tego zrobić.
- Może masz rację. Zostawię cię samą z głupimi myślami. Męcz się sama- wstał i wrócił do budynku. Czego ja się spodziewałam? Że zostanie tu na siłę? Na jego miejscu też bym tak zrobiła.
Znowu zrobiło mi się słabo. Postanowiłam pojechać do domu na dwie godziny i się przespać. Teraz odpowiadam nie tylko za siebie. Wyjęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam po taksówkę. Weszłam na chwilę do szpitala.
- Jadę do domu- wycedziłam, podchodząc do krzeseł, na których teraz była prowadzona zawzięta dyskusja. Oczy wszystkich oprócz Ashtona zwróciły się w moim kierunku. On kompletnie nie zwrócił na mnie uwagi.
- Jedź z nią- Calum zwrócił się do Asha.
- Jaja sobie robisz?- Nie mogłam w to uwierzyć. Nie pojadę z nim nigdzie.
- Ona nie ma pięciu lat i poradzi sobie sama- odparł spokojnie ciemny blondyn, sprawnie unikając mojego wzroku.
- Słucham?- Mój brat był na niego wyraźnie wkurzony.
- On ma rację- wtrąciłam się.- Jestem dorosła i nie musisz się wpieprzać do mojego życia. Jakby to był jakiś twój obowiązek.
- Słuchaj, nie chcę żeby coś ci się stało- wyjaśnił Cal.- Czemu do cholery nie chcesz przyjąć pomocy?
- Bo jej nie potrzebuję.- Prawie wykrzyknęłam.- Zadzwoń do mnie, jeśli coś będzie wiadomo z Lukiem. A jeśli tego nie zrobisz to możesz być pewny, że to się nie skończy dobrze.
Odwróciłam się i szybko wyszłam. Chciałam biec, ale się powstrzymałam.
Taksówka już na mnie czekała. Wsiadłam i podałam adres i już po piętnastu minutach wchodziłam do pustego domu. Najpierw zjadłam płatki z zimnym mlekiem, później poszłam pod prysznic i poszłam spać.
Kiedy się obudziłam było popołudnie. Spojrzałam od razu na wyświetlacz telefonu. Nie miałam żadnych nieodebranych połączeń. Jeśli Luke się obudził a ten idiota do mnie nie zadzwonił to mu przyłożę. 
Zadzwoniłam po taksówkę, przebrałam się i poszłam do łazienki ogarnąć włosy, ale na nic zdały się moje starania. Stojąc w łazience usłyszałam klakson samochodu...
Zbiegłam po schodach, zamknęłam drzwi i wskoczyłam do samochodu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapowiedź:
"Usiadłam na krawężniku i ukryłam twarz w dłoniach. Obiecuję, już nie płakałam, po prostu nie chciałam, żeby ludzie widzieli moją twarz. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby starać się ukryć emocje."
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No hejka, przy poprzednim rozdziale jest napisane że opublikowałam go 6 lutego what the fuck haha? 
No, nieważne, mam nadzieję że ten rozdział wam się podobał a przede wszystkim że ktoś w ogóle to czyta bo na razie nie widzę żadnych komentarzy i bardzo mi smutno z tego powodu :((( Jeśli to czytasz to napisz cokolwiek, nawet anonimowo
Następny rozdział oczywiście za dwa tygodnie czyli 15 marca (tak? dobrze patrzę w kalendarz? Jestem trochę ułomna w takich sprawach xD) 
Miłego czytania *chociaż pewnie skoro teraz czytasz notkę to już przeczytałaś rozdział ale ćśśśś* i do zobaczenia przy następnym rozdziale xoxo, Irene Anastasia